Triathlon Castle Malbork

Mój triathlon w Malborku.

Ćwiarteczka, znaczy się. Na wstępie odsyłam tych, którzy nie lubią czytać ;) na koniec tekstu – tam dla ułatwienia i z litości wrzucam bardzo skróconą relację i opis trasy zrobione z myślą o tych, którzy rozważają start w  imprezie, a nie są w stanie czytać moich wypocin ;)

No. To odsialiśmy chłopców od mężczyzn, więc teraz z relacją wchodzę ja, cały na biało!
W miniony weekend w Malborku pod Zamkiem odbył się Castle Triathlon zorganizowany przez firmę Labo Sport i Marcina Waniewskiego.

IMG_3964
Jako że był to mój pierwszy triathlon w tym roku robiony w całości, a jednocześnie jedne z ostatnich zawodów w kalendarzu 2017, to lista chętnych, by się ze mną zmierzyć w tej czy innej formie była całkiem długa.
Bardzo rzadka okazja, by bezkarnie mnie pognębić ;) Gwoździem programu, daniem głównym miał być mój pojedynek z Michałem Niewiadomskim z KM Sport. EnduHub bezlitośnie sugerował, że gość wlepi mi z 20 minut.
Ponadto dwie dziewczyny z ekipy: Renata i Marta zamiarowały dojść mnie na bieganiu... Z kolei Mateusz z Kolarski.eu miał być moim sparingpartnerem w części rowerowej. Te wszystkie pogróżki były dla mnie dość dobrą motywacją, żeby zagęścić ruchy na zawodach i dać z siebie to wszystko, co przywiozłem do Malborka, czyli aż dwa ciężkie (po 5 km każdy) treningi biegowe zrobione w tygodniu przed startem ;)
Oczywiście jako dżentelmen, mężczyzna z klasą i zasadami, odmówiłem rywalizacji z dziewczynami, ustalając na wejściu jasne zasady i wyjaśniając że po prostu nie jest możliwe dojść mnie na bieganiu. Chciałem elegancko odrzeć wszystkich ze złudzeń, oszczędzając im zbędnego i daremnego wysiłku;)
I tak nader łaskawie jak na Króla...

IMG_3914
Wyruszyliśmy do Malborka w piątek rano AirBusem, przy okazji zabierając na pace kilka rowerów zaprzyjaźnionych klientów (one mają jakąś zdolność pączkowania, tylko się odwrócisz i już jest ich więcej!). Uprzedzając fakty i mówiąc wielkim (ale dumnym) nawiasem: dwie trzecie właścicieli tych rowerów stanęło potem na pudle. W zasadzie prawie wszyscy oprócz mnie ;)

IMG_3922

Klątwa Malborka zadziałała i w tym roku. Klątwa pogodowa. To już chyba jest tradycja, której musi stać się zadość, że leje od początku weekendu do jego końca. Rok temu też tak było. Dwa lata temu również. W związku z tym w piątek zaczęło padać już po drodze, co – jak wiadomo – bardzo motywuje do startu. Aczkolwiek w wodzie to i tak bez różnicy ;)
Szczęśliwie wozem jechałem z Beniaminem z teamu SBR, dzięki czemu miałem kierowcę. Jak prawdziwy pros. Zatem trochę pracując na kompie i gnębiąc moich poddanych, a trochę drzemiąc na fotelu pasażera w strugach deszczu dotarłem do Malborka. Czy ja już mówiłem, że pogodowa legenda tego miejsca potwierdziła się po raz kolejny? Bo może jeszcze nie mówiłem? Źe lało niemiłosiernie non stop? I o ile pogoda w piątek wisiała mi kompletnie kalafiorem, bo AirBus jeszcze nie puszcza wody do środka na spawach i w związku z tym w trasie nie kapało mi na czoło ani na komputer, tak to, co będzie lało się z nieba (wolałbym, żeby to był jednak żar) w sobotę już takim obojętnym dla mnie nie było. Tak samo pozostałym startującym nie było wszystko jedno...


W kompletnym poczuciu beznadziei w sobotę rano zebrali się wszyscy krewni i znajomi Króla pod namiotem AirBike, chyba tylko po to, żeby zobaczyć, że nie tylko im chce się tak średnio bawić w te trajtlony. Niektórzy mamrotali coś pod nosem, inni jawnie przeklinali. Deszcz mimo to nadal robił swoje ;)
Skutkiem tego z zapisanych na zawody ponad 360-ciu osób, około setka się wycofała. W naszej ekipie nastroje przed startem także były raczej umiarkowanie optymistyczne. Nawet tacy weterani jak Maciek Dowbor emanowali dość wstrzemięźliwym entuzjazmem. Nasze Dziewczyny, które jazdę w deszczu lubią mniej fanatycznie, chyba w duszy kombinowały jakby się tu niepostrzeżenie po angielsku utlenić ;)
Niewiele mówiły, ale miny miały jednoznaczne.
A ja po starcie w Mrągowie w miniony weekend, kiedy to z nieba też waliło żabami i wszystkim innym tylko nie optymizmem, byłem zdecydowany startować niezależnie od warunków. Zasada „Będzie jak będzie” sprawdza się zawsze i wszędzie. Nie mogłem zresztą zmarnować takich okoliczności losu, że mój rower miał nadal założone koła „na mokre”, bo generalnie od powrotu z Mrągowa nie dotknąłem go palcem ;)
Toż to przecież przeznaczenie!

IMG_3929
Tak wyglądał rower Maćka już po starcie, mój po Mrągowie podobnie, ale trochę błota samo odpadło ;)

Ale po kolei. Odemknąłem w sobotę oko o jakiejś absurdalnej, nieistniejącej godzinie pod tytułem 5:30, dałem się nakarmić hotelowej restauracji (o której oni musieli zacząć pracę to nawet nie chcę myśleć, ale szacunek ogromny mam, bo dzięki temu nie musiałem komponować mojej michy mocy, co pewnie skończyłoby się tak, że nie zjadłbym nic ;)

IMG_3904

No i potem to już zabawa na całego. Zaczęło się od 06:30, od przygotowania kilku rowerów. Łyknąłem kawę i zacząłem kompletować graty potrzebne do trzech dyscyplin. Wszystko poszło w miarę sprawnie. Nawet udało mi się wstawić mój rower do strefy zmian kwadrans przed jej zamknięciem. Co prawda luz na sterach skasowałem sobie już na wieszaku w strefie, ale szewc bez butów, itede, wiadomo ;)
Wielu zawodników też jakby czekało z serwisem na ostatnią chwilę i kiedy zobaczyli AirBusa z rozstawionym namiotem przyszli na ostatnie poprawki i po drobną pomoc techniczną. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, takich, że za pół godziny start i wszystko powinno być wyrychtowane na błysk, zawsze znajdzie się ktoś z urwaną śrubą zacisku sztycy. W takich chwilach wiem, po co targam w busie wiertarę Makity ;)
Trochę główkowania, wiercenia, lekki emocjonalny terror na sędziach i pozwolili wstawić ostatnią taczkę 15 minut po czasie.

IMG_3913

No dobra, zrobiwszy robotę serwisanta i ratując kilka sportowych istnień, mogłem ogarnąć się dookoła siebie ;) Dziś, po tych dwóch startach, tydzień po tygodniu wiem jedno. Najgorszą rzeczą, jeszcze gorszą od startu w deszczu, od startu w ogóle, jest zakładanie pianki triathlonowej. Z pomocą TYLKO trzech osób udało mi się wcisnąć w ten gumowy – za przeproszeniem – kondon. Jak to się już udało, cała reszta MUSIAŁA pójść dobrze.

21270908_1437103396377716_4766246896809544993_n

Start z wody, prosta trasa na jednej pętli. Bułka z masłem zagryzana kaszką z mlekiem. Postanowiłem rozwalić to oczywiście moim niezawodnym, wykańczającym konkurencję stylem pływackim, czyli nieśmiertelną żabką. I tylko ja wiem, jak duże było moje zdziwienie, kiedy po przepłynięciu jednej trzeciej dystansu, po mojej prawej, płynącego ramię w ramię ze mną zobaczyłem drugiego pływaka, zasuwającego TEŻ żabką! A po kolejnych pięciu pociągnięciach ramionami z jeszcze większym zdziwieniem odkryłem, że jest to Michał Niewiadomski, z którym przecież miałem stoczyć pojedynek.
Sekundę później już wiedziałem, że muszę pokonać go jeszcze w wodzie, zniszczyć psychicznie już na początku ;) Szczególnie, że to ja go dogoniłem tą moją żabką. Postanowiłem więc iść za ciosem. Mimo że Michał płynął rzeczywiście szybko, zagiąłem się i wyszedłem przed nim z wody. Musiał się mocno zdziwić. Wiedziałem że to była dobra decyzja, żeby go wyprzedzić w wodzie. Życie potwierdziło to już na dobiegu do T1. Przynajmniej miał mi kto rozpiąć tę cholerną piankę i pociągnąć ten cholerny sznurek na plecach.

21270885_1437103253044397_7684302938083739869_n

Po deszczowym piątku, deszczowym sobotnim poranku strefa zmian przypominała sześcioligowe boiska gminne z tak zwanej Polski B. W skrócie mówiąc: stanęliśmy w błocie. Wszyscy spędzili tam sporo czasu, ale ja to chyba tam nawet przysnąłem. Gramoliłem się tam jak w smole. Później sprawdziłem, że spędziłem tam całe wieki, długie 8 minut. Tu przegrałem, bo Michał ubrał się w swoje fatałaszki o dwie minuty szybciej. Ta niefrasobliwość kosztowała mnie utratę przewagi i już do końca wyścigu nie mogłem odzyskać prowadzenia.
Gdybym był mentorem treningowym, mógłbym od tego startu strzelać złotymi radami w stylu: „kiedy ścigasz się z kumplem, nie przysypiaj w strefie zmian”. Myślę, że wygrałbym rynek coachingu tymi przestrogami.
Po drzemce ;), założeniu skarpetek, butów i koszulki rowerowej oraz napchaniu do kieszonek niezbędników, czyli żelków mocy, multitoola i uszczelniacza ruszyłem w pogoń na trasę rowerową.

21192092_1437133883041334_1640797522258833975_n

Już po paru metrach jazdy wiedziałem że przyda się bardzo kamizelka przeciwwiatrowa, którą na wszelki wypadek i zupełnie przezornie upchałem w kieszonce koszulki kolarskiej. Danielo - wspominałem już że Cię kocham za jakość twoich ciuchów?! :)
Na szczęście założyłem ją już na części rowerowej, w trakcie jazdy, żeby nie tracić kolejnych cennych sekund. Chociaż zakładanie jej bez trzymanki na rowerze z dyskiem i stożkiem było przeżyciem średnio romantycznym - raczej nie polecam...
Do nawrotu cały czas goniłem Michała, który miał nade mną całe dwie minuty przewagi (ale był o jedną drzemkę do tyłu). Fajnie jest słabo pływać (nawet najmocniejszą żabką), mając nie najgorszy rower, bo część kolarska to jedyny moment zawodów, kiedy jednak głównie wyprzedzam.
Minutę przed nawrotem zobaczyłem przed sobą Michała, a on zobaczył mnie, skutkiem czego obydwaj mocniej depnęliśmy w pedały. Czułem, że on, mając już przewagę na rowerze, zrobi wszystko aby ją utrzymać. Nie pomyliłem się. Zresztą tak samo bym zrobił. Wyprzedzałem uparcie kolejnych zawodników, ale Michał cały czas był poza moim zasięgiem. Miałem nadzieję, że za ten mocny rower zapłaci potem na bieganiu. Życzyłem mu tego! ;)
Orałem i orałem, próbując dojść Michała, dając z siebie max, ale miałem jeszcze moc, by na nawrotach pomachać do prowadzącego Piotrka Ławickiego, czy do Maćka Dowbora i innych znajomych - jednak robię to wszystko dla fanu :)
Na kilka kilometrów przed końcem trasy kolarskiej dogoniłem Kubę, z którym ścigałem się już potem do ostatnich metrów. To, kto jest królem rowerów wyjaśniła technika zsiadania z roweru na belce ;)
Możesz na trasie być mocny, ale zsiadać też trzeba umieć. Albo przede wszystkim! Coś jak z siadaniem na konia przed wiekami, nie?

21270848_1437175489703840_1763683326603094620_n

To był koniec tej najprzyjemniejszej dla mnie części triathlonu. Przede mną pozostała już tylko strefa zmian, założenie butów biegowych i mordercze – jak na moje możliwości - 10 km biegu. Pikanterii całej sytuacji dodawał fakt, że Renata i Marta, które zapowiadały walkę ze mną dla zasady, nie wycofały się i też nie zamierzały też odpuścić. Na szczęście ja nie zamierzałem poddać się bez walki. Trasa biegowa prowadziła dookoła zamku. Mimo że dziurawa i pełna kałuż, była bardzo fajna, ciekawa i urozmaicona. Obliczyłem sobie na dwukilometrowej prostej, że jeżeli do czwartego kilometra nie zobaczę za sobą goniących mnie dziewczyn, to jest duża szansa im uciec skutecznie. Polar mniej więcej pokazywał tempo 5.30-5.40 na kilometr. A o Michale zdążyłem zapomnieć, wiedziałem, że pobiegnie w tempie około 4 min/km, a to znaczyło, że jest już dawno daleko, a nawet daleeeekooo przede mną.
Mój plan na bieganie zakładał przyciśnięcie od siódmego kilometra, bo liczyłem na to, że wystarczy mi mocy, żeby ciut szybciej pokonać ostatnie 3,5 km.
Na ósmym ka-emie już byłem pewien, że dziewczyny mnie nie dogonią. Ale martwiło mnie co innego. Dziesiątki, o ile nie setki osób wyprzedziło mnie, prawie mnie rozdeptując. Nie jest to specjalnie dziwne, biorąc pod uwagę tempo mojego biegu. Natomiast ja nie wyprzedziłem nikogo. To było przykre, wręcz frustrujące. Marzyłem, żeby trafił się choć jeden osobnik, nawet chory, ranny, o kulach choć, z dzieckiem na ręku... Marzyłem, żeby kogoś „zrobić”. I paręset metrów dalej moje szamańskie modły zostały wysłuchane - zobaczyłem swoją ofiarę...

21232152_1437175513037171_4385275585039541083_n

Gość był już wyraźnie zmęczony, a dystans między nami wyraźnie malał. Jest! Mam to! Odhaczony! Jedno zestrzelenie zaliczone. Ale chciałem więcej. W oddali majaczyła mi jeszcze jedna potencjalna ofiara.  Zawodnik w żółtym stroju, który w odróżnieniu od wszystkich innych łaskawie nie oddalał się ode mnie, a wręcz momentami wydawało mi się, że skracam do niego dystans.
W międzyczasie, na nawrocie na odcinku wzdłuż murów zamkowych, przybiłem piątkę z jedną, a potem drugą z naszych dziewczyn. Już wiedziałem że im uciekłem i że mnie nie dogonią.
Do osiągnięcia prawdziwej satysfakcji został mi już tylko ten żółty z przodu. Ostatnie dwa kilometry wycisnąłem już w zasadzie wszystko, co miałem pod nogą. Dystans do „żółtego” zmalał do kilkudziesięciu metrów. W oddali zamajaczyła mi meta. Przycisnąłem jeszcze mocniej, wypalając wszystko, co jeszcze jakimś cudem zostało w mięśniach. Wyprzedziłem „żółtego”! Ukończyłem! Wreszcie meta! Potem już tylko nagrody, małe przyjemności, duże przyjemności, koniec mordęgi.

21230916_1437212749700114_4303680192217531534_n

Pytanie po co ja to sobie robię, wyparowało z głowy, gdy tylko przekroczyłem linię mety .Przybicie piątki ze znajomymi, poklepanie po plecach, kiedy jesteś totalnie upodlony i leżysz w okolicach mety to jedne z najprzyjemniejszych chwil w życiu. Po TO to robiłem!

20170902_115236-01
Impreza zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, wszystko tu się zgadzało, zaczynając od scenerii, poprzez ilość uczestników, a na kosmicznej atmosferze kończąc. Teraz rozumiem, dlaczego dla wielu triathlonistów jest to obowiązkowa pozycja w kalendarzu startowym.

O rywalizacji z Michałem Niewiadomskim nie mówmy już więcej...
Chociaż w sumie wklepał mi 14.58, a nie 20 minut ;)
48 - Niewiadomski Michał -  KM Sport - M30-34 - 00:20:31 00:06:14 01:17:02 00:03:40 00:45:09 = 02:32:36
103 - Pytel Mikołaj - AirBike.pl -  M35-39 - 00:20:27 00:08:09 01:17:12 00:03:35 00:58:11 = 02:47:34

21192708_1437212779700111_7753169072666998304_n
- -
Skrócony opis trasy i imprezy:
- Pływanie: Bardzo fajna, dobrze widoczna, prosta, pozbawiona fali trasa pływacka. Dodatkowo wyjątkowo atrakcyjna dla kibiców, dzięki możliwości obserwowania zmagań pływackich z kładki prowadzącej do zamku.
- Rower: Trasa płaska jak stół, pozwalająca rozwinąć i utrzymać wysoką prędkość. Szeroka, bezpieczna, przyznam, że dobrze się jechało nawet mimo deszczu.
Jeden nawrót w połowie trasy, dwa zakręty, trasa praktycznie do przejechania bez użycia hamulców.
- Bieganie: Trasa dość wymagająca technicznie, sporo dziur, kałuż, i nierówności. Ale za to jedna z najbardziej malowniczych scenerii, dzięki czemu kilometry szybciej uciekały pod nogami.

Połączenie ciepłej, prawie rodzinnej atmosfery bez napinki oraz profesjonalnej organizacji daje jedną z najlepszych triathlonowych imprez w Polsce. W moim kalendarzu zapisana na stałe w top trzy. Odegram się za rok ;)

IMG_3993
Ps. Pytacie jak poszło z Matem z Kolarskiego... O... To już ona Wam sam opowie historię o pewnej maści rozgrzewającej i jak to jest być wyłowionym z wody ;)